prof. nadzw. dr hab. inż. Jan Szymszal | WSZOP - Katowice
strona główna » Uczelnia » Kadra WSZOP » prof. nadzw. dr hab. inż. Jan Szymszal
a a a

prof. nadzw. dr hab. inż. Jan Szymszal

Z prof. nadzw. drem hab. inż. Janem Szymszalem rozmawiała Joanna Kurek.

- Panie Profesorze, jaka jest Pana, jako wykładowcy recepta na sukces? Jest Pan przez studentów bardzo lubiany, wysoko oceniany nie tylko za wiedzę, ale też za stosunek do studentów, sprawiedliwość i sposób prowadzenia zajęć. Przygotowując się do rozmowy z Panem, czytałam fora internetowe w poszukiwaniu opinii o Panu. Cytuję: najlepszy matematyk, jakiego w życiu spotkałem; super gość; jego wykłady są wręcz niesamowite; trzeba koniecznie poznać! Ani jednej negatywnej oceny.

- Sam jestem tym zaskoczony. Zostałem wybrany przez studentów WSZOP-u w konkursie na najlepszego wykładowcę, ale podobnie oceniają mnie studenci Politechniki Śląskiej, przyznając mi Złotą Kredę. W czasie uroczystości, dziękując za to wyróżnienie, powiedziałem, że kiedy w 1974 roku sam organizowałem ten konkurs to sobie pomyślałem: fajnie byłoby być z tej drugiej strony. I po ponad 35 latach udało się, ale to jest ciężka praca. Staram się myśleć, o czym będę mówił na zajęciach, staram się to układać. A poza tym wykładając od wielu lat mam opracowane pewne schematy, skojarzenia, które pomagają studentom, czyli wykorzystuję mnemotechnikę. Na przykład ucząc o krzemie, mówię o dacie 1410 – a to jest temperatura topnienia krzemu. I dzięki temu studenci będą o tym pamiętali do końca życia. Choć często są to tematy nudne. Ucząc o macierzach i warunku mnożenia dwóch macierzy, mówię, że to jest dla nas mała kawa. Bo liczba kolumn pierwszej musi być równa liczbie wierszy drugiej. I studenci dzięki tym skojarzeniom lepiej to przyswajają i zapamiętują. Nigdy nie sprawdzam obecności i staram się z nimi rozmawiać. Przerywam wykład na kilka minut jak widzę, że są zmęczeni… jakiś dowcip opowiem związany z wykładami. Daję z siebie wszystko. I nie używam mikrofonu.

- A studenci mimo to słuchają?

- Słuchają i przychodzą na zajęcia. Na politechnice miałem taką sytuację, że przychodziła cała grupa - 120 osób, we WSZOP-ie frekwencja 400 studentów to norma. A ja im mówiłę: im mniej Was będzie tym więcej powietrza w pomieszczeniu. A oni i tak przychodzą. To daje wykładowcy dużą satysfakcję.

- To chyba najlepsze podziękowanie dla wykładowcy, kiedy ma pełną salę, 100 procentową frekwencję.

- Szczególnie jest mi miło, gdy przyszedłem na egzamin i dostałem dwuminutowe brawa. I ja pytam: za co? przed egzaminem? Po wykładzie też się czasem zdarzają. To dla mnie wielkie wyróżnienie.

- Brawa były przed egzaminem, a zdarza się przecież, że ktoś wychodzi z oceną niedostateczną. To jest duża sztuka, oblać studenta, a wciąż cieszyć się jego sympatią, szacunkiem…

- W ubiegłym tygodniu były obrony prac magisterskich i jeszcze wtedy pewien chłopak wspominał, że się nauczył przy mnie matematyki. Bardzo się z tego cieszę. Egzamin u mnie wygląda tak, że najpierw studenci piszą test, a później z każdym rozmawiam. Przy studencie sprawdzam ten test –tu pan zrobił tak, tu pan odpisał, tu pan zrobił błąd. I staram się jeszcze dopytać. Proszę mnie nie pytać jak to jest jak pytam 400 osób. Śni mi się to potem przez wiele dni, ta matematyka, te badania operacyjne czy statystyka. Bo to są najtrudniejsze dla nich przedmioty.

- Panie Profesorze, w tym roku pisemną maturę z matematyki na poziomie podstawowym zdało 85 % procent uczniów i to właśnie wyniki z tego egzaminu były najgorsze. Co zrobić, żeby tę sytuację poprawić? Jak uczyć młodzież matematyki?

- Moim zdaniem matematyka jest w tej chwili w liceum bardzo prosta. To jest powrót do źródeł. Ja kończyłem podstawówkę po siedmiu klasach, wtedy zmienił się program i elementy analizy matematycznej pojawiały się w szkole średniej, czyli pochodne, nawet całki. W tej chwili matematyka kończy się na logarytmach tak jak to było kiedyś, na trygonometrii i to jest wszystko. Później młodzieży jest o wiele trudniej. Rozszerzony program z matematyki właściwie też niewiele zmienia, mało tam jest nowych elementów.

- Maturzyści często mówią: po co mi ta matematyka, przecież mi się ona nigdy nie przyda. Rzeczywiście się nie przyda?

- Przydaje się, macierze się bardzo przydają, wiem to z punktu widzenia przedmiotów, których sam uczę, czyli np. badań operacyjnych. W badaniach operacyjnych rachunek macierzowy jest nieodzownym elementem, aby to zrozumieć. Staram się studentom zwracać uwagę: słuchajcie, uczcie się tego, nie wyrzucajcie tych zeszytów.

- Młodzi ludzie nie wiedzą, nie doceniają, że taki dział matematyki jak logika przydaje się nawet w codziennym życiu?

- Dlatego ja od tego zaczynam powtórkę z matematyki na pierwszych zajęciach, chociaż właściwie wyrzucono to z programu szkoły średniej.

- Ale matematyka to nie jedyna pasja Profesora Szymszala. Jest jeszcze muzyka i … modniarstwo, czyli kapelusze. Ma Pan papiery czeladnika i mistrza.

- Jak to odczytali na habilitacji to słuchacze nie chcieli uwierzyć.

- A powinni, bo przecież osobom o umyśle ścisłym łatwiej nauczyć się gry na instrumentach.

- Podobno, chociaż ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć gry w szachy i nie gram w szachy. Nie gram też w brydża. Chociaż ta gra uczy logicznego myślenia. Nie zależy od rozdania kart, ale właśnie od umiejętności analizowania i zapamiętywania tego, co było.

- A co było najpierw: muzyka czy matematyka?

- Równolegle ze szkołą podstawową skończyłem szkołę muzyczną. Uczyłem się gry na pianinie i wiolonczeli. Wiolonczelę odrzuciłem, bo to za duży instrument, a potem poszedłem do szkoły średniej i zapomniałem o muzyce na wiele lat, chociaż panino mamy stało w domu i czasem na nim grywałem. Właściwie ten powrót do muzyki nastąpił pięć lat temu, w czasie wycieczki pracowników WSZOP do Zakopanego. Tam gdzie mieszkaliśmy stał fortepian i zacząłem grać na tym fortepianie. I zaraz po tym wyjeździe pianino pojawiło się na naszej uczelni i w moim domu. Wróciłem do muzyki i powiem, że zrobiłem postępy.

- To taki znak rozpoznawczy, w środę o 7.45 we WSZOPie słychać muzykę.

- Bardzo się cieszę jak mam wykłady z matematyki w auli. I kiedy mówię studentom o transpozycji macierzy, to pytam czy znają ten termin z muzyki, gdzie oznacza on przeniesienie utworu z jednej tonacji w inną. Każdy organista wie, co jest grane, bo ksiądz mu śpiewa ciągle w innej tonacji, a on musi się dopasować. I gram tu studentom. Zwykle przed egzaminem mogą usłyszeć „Niewiele ci mogę dać”. Ale kiedyś mi się zdarzyło, że studenci powiedzieli: niech nas już pan nie uczy, niech pan gra dalej.

- Muzyka Pana relaksuje?

- Bardzo. Pomaga mi się wyciszyć. Bardzo wcześnie wstaję, już o 3, a kładę się spać o 21. Telewizora nie oglądam w ogóle, chyba, że teleturniej „1 z 10”. Czasem jakiś film zobaczę, bo staram się być na bieżąco. I rano, po 3 robię sobie kakao i gram przez godzinę. To wystarczy, żeby cię wyciszyć. A później zaczynam pracować, coś piszę.

- Matematyk, muzyk i jeszcze potrafi Pan robić kapelusze! To bardzo niecodzienna umiejętność, tym bardziej u Profesora.

- Moja mama chorowała przez wiele lat i do zawodu księgowej później już nie wróciła. Zajęła się chałupnictwem i miała zakład modniarski. Ale zaczęło się od wyszywania. I ja też wyszywałem. Za swoje pierwsze wyszywanki – bieżniki – kupiłem swój pierwszy komputer. Te wyszywanki były bardzo cenne na zachodzie, ale kilka zostawiłem sobie na pamiątkę. Zarobek jak zarobek, ale siedziałem w domu i pomagałem mamie. Później mama zajęła się modniarstwem i przez wiele lat miała własny zakład w Gliwicach. A ja miałem go po niej przejąć. Namówiła mnie, żebym zrobił papiery czeladnika. A po kilku latach – mistrza. Robiłem i kapelusze i stroiki na śluby. Ale mama zmarła, zakład odebrano, a ja nie miałem czasu się tym zająć.

- A gdyby dzisiaj jakaś kobieta poprosiła Pan o zrobienie eleganckiego nakrycia głowy na jakąś wyjątkową okazję?

- Teraz chyba bym już nie dał rady. Bo od śmierci mojej mamy minęło już 15 lat. I takie umiejętności niestety się zapomina. Zresztą innych materiałów się teraz używa. Ale z żalem przyznaję, że kapelusze wychodzą z mody. Niewiele kobiet nosi dziś kapelusz, a jeśli już to jest to produkcja seryjna. Prawdziwych, filcowych kapeluszy jest już bardzo mało. Hanka Bielicka to była wyrocznia w tej dziedzinie! Zawsze występowała w jakimś niezwykłym kapeluszu. Ale ja przyznam, że zająłem się czymś innym w modniarstwie, wykorzystując swoje matematyczne zdolności. Kiedyś trzeba było rozliczyć się z każdej ceny kapelusza, czyli trzeba było zrobić kalkulację wstępną kapelusza. Bo jak przychodziła kontrola to trzeba było wykazać, że cena kapelusza jest zgodna z kalkulacją. I wykorzystując swój pierwszy komputer przygotowałem specjalny program komputerowy. Ale działałem od tyłu. Pytałem mamy ile chce dostać za kapelusz, a program obliczał wszystko od tyłu. I na jakimś spotkaniu z innymi modniarzami z Katowic mama się tym programem pochwaliła. Efekt był taki, że wszyscy zamówili ten program.

- Modniarstwo to dziś jeden z umierających zawodów.

- Stroiki ślubne jeszcze są modne, ale też coraz mniej panien się na nie decyduje. I też można je kupić tanio, jeśli są robione w Chinach. To już nie te czasy, że się jeździło do Łodzi, bo tam była wytwórnia tych wszystkich elementów do kapeluszy. Czy w Skoczowie – filcu.

- Ale prawdziwa elegantka powinna mieć ręcznie robiony kapelusz?

- Oczywiście! Wymodelowane prze fachowca rondko, specjalnie dla niej. Szkoda, bo w tej chwili są duże możliwości. Można taki kapelusz zaprojektować w komputerze, a później według tego projektu wykonać. Czyli już wcześniej klientka widzi jak ten kapelusz będzie wyglądał.

- Panie Profesorze, gdyby się nasze studentki dowiedziały, że Pan może zrobić dla nich kapelusze, to może ta moda by wróciła?

- Niektóre studentki noszą kapelusz, ale to chyba z przekory. Jesienią noszą takie męskie kapelusze, w pepitkę. Ale moda na kapelusze i zawód umierają. Często ludzie nawet nie wiedzą, co to jest modniarstwo.

- Dziękuję za rozmowę.

(Katowice, lipiec 2012 r.)